„Jak
wiele można stracić w ciągu kilku chwil? Jak wiele rzeczy może przemknąć nam
przed oczami poprzez nieuwagę? Jak wiele jeszcze musi się stać, aby w końcu
zakończyła się ta cholerna gra?”
Szarość
świata była dla mnie codziennością. Nie zwracałam uwagi na nic oprócz
codziennych czynności. Mijały dni. Tygodnie. Miesiące. Lata. A ja nadal żyłam w
szarej rzeczywistości. Pochłonięta szkołą, obowiązkami. Codziennie miałam taki
sam plan. Nawet weekendy bardzo często były szare niczym dym. Nie pamiętam,
kiedy ostatnio miałam szczery uśmiech na twarzy, szczery płacz, smutek. Byłam
obojętna na ludzi, na świat, na to co się dzieje. Przez wiele ludzi byłam
uznawana za ludzką marionetkę o szarym spojrzeniu, choć moje oczy był ciemno
piwne. Może mieli rację, że jestem lalką na sznurkach. Nie przeszkadzało mi to
wbrew pozorom. Byłam niczym jedna z owiec w stadzie. Nie odróżniałam się od
innych. Wtapiałam się w tłum. Nawet muzyka, którą wielbiłam zrobiła się nudna,
szara. Znałam wszystkie utwory na pamięć. Nawet nie byłam ciekawa świata, co
było kompletnym przeciwieństwem mego dzieciństwa. Byłam wtedy mała, słodka i
wesoła. Rozpromieniałam dzień uśmiechem. Widziałam kolorowy świat. A teraz?
Gdzieś to wszystko zniknęło. W szarej pustce zwanej – życiem.
Budzą
mnie ostre promienie słońca wpadające przez roletę wprost na moje oczy. Próbuje
znów zasnąć, lecz próby idą na marne. Otwieram leniwie powieki i podnoszę się
do siadu opierając z tyłu dłońmi. Ziewam lekko i przewracam oczami na lewą
stronę. Leży tam biało-czarny Husky imieniem Mira. Jest moim słodkim
zwierzakiem od kiedy skończyłam piętnaście lat. Przygarnęłam ją, kiedy nie
miała jednej łapy. Dzięki moim staraniom dostała protezę. Uśmiecham się
bezbarwnie do niej przeczesując jej futro. Jest bardzo miękkie i przyjemne w
dotyku. Spoglądam na jej jasne-niebieskie, prawie że białe, oczy. Ucałowuje ją
w zimny nos, lecz ona zaczyna mnie lizać. Śmieje się lekko. Po dłuższej chwili
zabawy wstaje z łóżka. Ubieram bieliznę i krótkie jeansowe spodenki. Sięgam do
szafy po białą bluzkę na ramiączka. Narzucam czarną długą bluzę, którą
zostawiam rozpiętą. Zakładam trampki. Biorę smycz zapinając do białej obroży
Husky. Wychodzę z nią w stronę parku.
Rozglądam się po mojej
okolicy. Żyje w bardzo spokojnej dzielnicy. Nie było tu nigdy przestępstw,
wypadków, jakichkolwiek imprez. W większości zamieszkiwali ją starzy ludzie lub
spokojne rodziny z dziećmi. Mam tu parę znajomych, choć rzadko się z nimi
spotykam, ponieważ dzieli nas kilka ulic. Nie lubię zawierać nowych znajomości,
dlatego też nie mam wiele bliskich. Prawie zawsze byłam samotna. Towarzyszy mi
jedynie Mira i kilka dobrych duszyczek. Mimo to czuję pustkę, zimno w sobie.
Nawet, gdy jestem pośród znajomych. Zawsze myślę, że jestem stworzona do bycia
samotną. Do braku jakiegokolwiek ciepła, bliskości innej osoby. Nienawidzę tego
w sobie, ale ciężko jest to też zwalczać. Jestem tylko szarą dziewczyną
prowadzące zwykłe życie. Bardzo wiele osób mi mówi, abym jednak spróbowała coś
zmienić w sobie... Jednak nie podejmuje się tego, a przynajmniej nie z
pozytywnym skutkiem. Poddaje się za szybko i może to było przeszkodą? Kto wie.
Biegnę
z psem po całym parku rozmyślając nad dzisiejszym dniem. Książki, praca domowa,
zabawa z psem, oglądanie telewizji, słuchanie muzyki... Czyli kolejny zwyczajny
plan na weekend. Wolę chodzić do szkoły, mogę przynajmniej porozmawiać ze
znajomymi, pośmiać się, poplotkować. Zapowiadał się naprawdę długa przerwa od
szkoły. Czemu? Znajomi wyjechali i nie ma nawet z kim porozmawiać. Mamy wolne
do środy przez sprawdziany maturalne. Za rok mnie też to czeka, choć nie boje
się jakoś specjalnie. Jestem dobrą uczennicą, więc nie miałam obaw. Otrząsam
się lekko i zamieram, kiedy widzę, że nie ma obok mnie futrzaka. Wołam ją,
głośno... Lecz nie ma to skutków. Siadam na ławce ze łzami w oczach. Sądzę, że
już nie przybiegnie do mnie. Łzy cieknął mi po policzku. Jeszcze chwilkę wołam,
wołam coraz głośniej. Rozpaczam w głosie. Moje wołania nic nie dają. Biorę smycz,
którą jej odpięłam, aby mogła pobiegać swobodnie i kieruję się do domu.
Przewracam się o jakiś kamień nie widząc go przez łzy. Wstaje powoli strzepując
z siebie warstwę brudu. Nadal płaczę, lecz skręcam nad staw, gdzie sądziłam, że
ją jeszcze znajdę. Mam rację, choć nie wiem czy chcę to widzieć. Pies leży na
ziemi z rozciętym gardłem. Nie da się go już uratować. Podchodzę do niej i
ostatni raz muskam jej sierść. „Czemu jestem taka bezmyślna i ją spuściłam?
Czemu jej nie pilnowałam?” pytam siebie, kiedy padam przed nią na kolana i zaczynam
rozpaczać. Uderzam w ziemie 1…2…3… razy. Boli, ale przynajmniej lekko odwraca
uwagę od bólu psychicznego. Nie mogę dalej patrzeć na to. Zakładam jej jakiś
kawałek materiału znalezionego obok, na szyję. Zabieram ją na podwórko. Nadal
łzy lecą strumieniami. Nie mogę przestać
o tym myśleć. Skupienie kompletnie przeniosło się na ten jeden moment.
Kładę
ją w dole, który wykopałam za podwórkiem. Serce ściska mi żal i smutek...
Prawdziwa rozpacz. Nie mogę nadal uwierzyć w to co stało się kilka minut temu.
Nie rozumiem. Nie pojmuje czemu. Nawet nie chcę wiedzieć. Boję się prawdy. Za
bardzo boli same myślenie o tym. Kładę razem z nią jej zabawkę. Zakopuje dół z
niedowierzaniem. Stawiam mały krzyż z napisem „Mira, 2018-2020” i kolejny raz
padam na kolana z rozpaczą. Mój umysł nie pojmuje co się stało. Przecież miał
to być kolejny szary, zwykły dzień. Staną jednak w czarnych barwach śmierci.
Podnoszę się i kieruje w stronę domu.
Siedzę
w salonie rozmyślając o dzisiejszym dniu. „Co jeszcze dziś się stanie?” pytam
siebie sama. Wyglądam za okno i widzę czarne chmury. Sądzę, że burza się
zbliża. Odłączam wszystko od gniazdek. Siadam na kanapie dalej myśląc nad
sensem życia. Jednak po chwili słyszę dzwonek do drzwi. Domyślam się, że to
listonosz. Mylę się. Widzę wysokiego bruneta o czarnych oczach. Wygląda na
chłopaka w moim wieku. Nie znam go ani ze szkoły, ani z widzenia, ani nie jest
znajomym moich przyjaciół. Witam się z nim, lecz on nic nie odpowiada. Patrzy
na mnie swoimi węglowymi oczami przez parę sekund po czym opuszcza wzrok na
kopertę i podaje mi ją. Odchodzi z cichym „Do zobaczenia” na ustach. Otwieram
kopertę i wyciągam z niej list. Przerażona upadam na ziemie. Karteczka i list
upada. „Czemu…” cichy szept wydostaje się z moich ust. Nie dowierzam własnym
oczom. Sądzę, że to sen… Tylko sen…
***
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam, Witam, Witam.
Pierwszy rozdział i już się dzieje. Postanowiłam, że dam wam twardy orzech do zgryzienia i zakończę na tym. Co się znajduje w liście? Czy to jawa? A może bohaterka tylko śni? Te wszystkie pytania rozwieję w kolejnym rozdziale. A póki co mam nadzieję, że się podobało.
Do usłyszenia,
Vantiris.