piątek, 16 października 2015

"The Last Game" Rozdział II



„Jak szybko można popaść w rozpacz? Do czego jesteśmy zdolni na jej granicy? Jakie decyzje podejmujemy wtedy? Jak ciężkie mogą okazać się dla nas ich konsekwencje?”

Klęczę na kolanach patrząc w podłogę. Nadal moje ciało obejmuje słabość, bezbronność. Nie dowierzam słowom, które ujrzałam na kartce. Kolejna śmierć… Moich rodziców przez seryjnego mordercę. Łzy niepowstrzymanie napływają do moich oczu. Nic nie potrafię wykrztusić, tylko ciche jęki. Mój oddech robi się coraz słabszy, a puls wolny. Serce mi spowalnia. Oczy zachodzą mgłą, barwy zanikają. Moje ciało przeszywają dreszcze, a po chwili dopada je drętwota. Nie potrafię utrzymać się na nogach. Z mocnym hukiem opadam na płytki. Zasypiam…
~*~                                                                                        ~*~
Słyszę i czuję.
Nie widzę.
Śpię? A może umieram?
Jednak nie.
Wchodzę na kolejny poziom.
Mojej ostatniej gry.
~*~                                                                                        ~*~
Otwieram lekko powieki. Biała sala z wielkimi oknami. Na suficie obraz walki jakiegoś człowieka i... ducha? Człowiek zwycięża, przebijając ducha mieczem. Dziwne. Lekko przysłaniam oczy ręką, aby słońce nie paliło mnie w oczy. Oddycham powoli i spokojnie, lecz nierówno. Syczę z bólu odczuwanego z tyłu głowy, niczym pojedyncze pulsy na przemian silny i słaby. Powoli podnoszę się do pozycji siedzącej, przerzucając ciężar na łokcie. Do moich uszu powoli dochodzą krzyki z korytarza. Drzwi ze wschodniej strony otwierają się z hukiem rozbrzmiewającym na całą salę. Kieruję spojrzenie na średniego wzrostu dziewczynę o zgrabnej sylwetce poruszającej się rytmicznie, niczym przy brzmieniu pianina. Intensywnie czarne włosy rozpuszczone do pasa z grzywką na czole i dwiema wcięciami po bokach, a oczy wypełnia głębia błękitu morza śródziemnego. Nie jest mi znajoma, choć jej lustrujący wzrok daje mi do zrozumienia inną wersję zdarzeń. Kieruje się w moją stronę powolnym krokiem, jakby załamywała czas stuknięciem podeszwy o podłogę. Ciemne dżinsowe spodenki, biała koszula, czarna narzuta i tego samego koloru glany. Jej ubiór nie jest wyróżniający się, choć widoczna jest jej nadzwyczajność po pierwszym spojrzeniu. Na jej bladych policzkach można dostrzec malutkie kropelki - łzy, spływające na lekki uśmiech skierowany w moją stronę. Cały jej obraz jest dla mnie niczym zjawa. Nie potrafię pojąć co się właściwie dzieje. Wręcz nie dopuszczam do siebie obrazów, które właśnie mam przed oczyma. Kiedy podchodzi do mojego łoża przytula mnie mocno. Jej dotyk jest zimny, ale na swój sposób kojący… „Czyżby mnie znała, a ja Ciebie nie? Dlaczego tu jestem? Kim jestem?"
Kolejne skrzypienie drzwi uchwycone przez moje uszy, kolejne kroki zmierzające w moją stronę. Kącik oczu kieruje się w ową stronę. Otwieram szerzej powieki i roztwieram lekko wargi. Widzę przed sobą osobę, od której niedawno dostałam list z informacją o śmierci moich rodziców. Wysoki brunet o kruczych oczach. Jego zimny wzrok wydaje się przeszywać człowieka na wylot. Jego wyraz twarzy jest szary, beznamiętny. Nie można z niego wyczytać nic. Niczym zimne ciało bez duszy. Stoi ubrany elegancko, niczym na ważne spotkanie. Marynarka, buty  oraz spodnie w kolorze czerni. Jedynym elementem odróżniającym się jest biała koszula z zagiętymi do łokcia rękawkami. Po dłuższej chwili patrzenia na siebie wzajemnie chłopak rozchyla lekko wargi, lecz z jego ust nie wydobywa się nic. Jedynie ciche westchnięcie. „Ty też mnie znasz? Powiedz mi co się dzieje… Czemu tu jestem?!"
Prowadzą mnie do tajemniczej sali. Korytarz jest biało-czerwony z oknami po lewej stronie i drzwiami po prawej. Poddasze jest półkoliste, a w przerwach znajdują się kolejne obrazy. Na jasnej podłodze leży czerwony dywan z brązowymi zdobionymi bokami. Po dłuższej chwili docieramy na miejsce. Stajemy przed ogromnymi białymi drzwiami. Boki jak i klamki zdobione są złotymi wzorami. Na środku ich istnieje znak. Przedstawia długi miecz skrzyżowany ze skrzydłem. Broń jest biała z jednym szarym napisem „Last”, a skrzydło jest ciemno szare z białymi konturami każdego jednego pióra. Blask tworzą promienie słońca wpadające na ową rzeźbę.
Wchodzimy do rozległej białej sali. Kolumny zdobią jej boki i podtrzymują małe boczne balkoniki widokowe. Ozdobione złotymi gałązkami wokół wydawały się błyszczeć. Szklany sufit ukazuje błyszczące słońce i śnieżne chmury, płynące po niebieskim niebie. Mój wzrok zjeżdża stopniowo w dół lustrując całość sali. Na środku znajduje się wielki biały tron zdobiony czarnym kocem. Za nim wisi wielki obraz przedstawiający króla… Nie znam go, ale chyba poznam. Wzdycham lekko i kieruję wzrok w stronę bocznych drzwi, których skrzypienie wydało się bardzo głośne. W moją stronę wolnym krokiem kieruje się szatyn o fioletowych oczach. Lekka czerń spływająca w zielenicach mrozi niejednemu krew w żyłach, a przynajmniej tak przypuszczam. Wyraz twarzy jest chłodny tak jak u chłopaka stojącego obok mnie. Jedynie różni ich podniesiony lekko kącik ust u szatyna. Jego złoto-biała peleryna ucięta, aby nie dotykać podłogi jest zapięta na górze klatki piersiowej. Białą koszulę zdobi śnieżna marynarka z czarnymi klapami. Obie mają złote ozdoby i gdzieniegdzie fioletowe małe kamyczki. Kołnierz jest podniesiony do góry i zapięty ozdobnymi złotymi skrzydłami. Pas przez który przewodzi się lśniący żółty paseczek, łączy górę garderoby z śnieżnymi dopasowanymi spodniami. Eleganckie czarne buty wydając ciche stuknięcia za każdym razem, kiedy  spotkają się z kafelkami podłogowymi.
Zapatrzona w niego tracę kontakt z rzeczywistością. Po chwili czuję dotyk na dłoni. Wzdrygam się lekko i patrzę na osobę od której go uzyskałam. Mężczyzna podnosi ją do swoich ust i całuje lekko, klękając przy tym. Podnosi się i muska nadal swoimi palcami moją skórę. Uśmiecha się lekko i puszcza mnie. Rozwiera lekko blade wargi i wzdycha cicho, mrugając przy tym.
-Witaj, Vantiris. Jestem Joshua, twój przywódca.- Szepta patrząc mi prosto w oczy. Przeszywa mnie dziwny strach i uczucie zimna. Spoglądam na chłopaka, a później na dziewczynę. W ostateczności znów wracam do punktu wyjścia.
-P… przywódca?- Pytam niepewnie. Mój głos jest ciepły, ale cichy, prawieże niesłyszalny. Nie wiem co się dzieje. Jestem w jakimś innym świecie? A może to tylko kolejny sen? To wszystko to na pewno zły sen.
-Nie pamiętasz nic?- Pyta oglądając mnie uważnie. -W takim razie pomogę Ci, sobie przypomnieć.- Kładzie rękę na moim czole. Nagle wszystko staje się czarne… Upadam kolejny raz… A przynajmniej tak mi się zdaje.

„Vantiris! Vantiris! Proszę Cię… Powiedz, że się zgadzasz.”  

„Cała nadzieja w tobie! Zgódź się!”

„Błagam Cię… Powiem, że tak… Nie chcę, abyś umierała."

Słyszę rozpaczliwe głosy. Umrzeć? Czemu niby? Niczego już nie rozumiem. Czemu mam się zgodzić? Wytłumaczcie mi cokolwiek...

„T-tak…”   
Szepcze cicho i odpływam.   



*** 









Witam.
Mam nadzieję, że kolejny rozdział wam się spodobał, choć jest z dość (nie ukrywajmy) wielkim opóźnieniem. Miał się pojawić tydzień wcześniej, ale niestety wypadły pewne komplikację. 
Rozdział był kilka(naście) razy zmieniany, aby w końcu dojść do takowego stanu rzeczy, więc trochę nad nim pracy było. Jak każdy wie... trzeba również weny do napisania dobrego rozdziału, której mi oczywiście dość często brakuje, ale teraz natchnienie było, więc i rozdział jest. :) 
Do usłyszenia,
Vantiris.